Używamy Cookies w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników.
Dalesze korzystanie z tego serwisu oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Dowiedz się więcej o naszej polityce prywatności

x
Ares Chadzinikolau, fot. Oleksii Sokun
GaleriaAres Chadzinikolau, fot. Oleksii Sokun

A gdyby tak przyrównać sukces i wpływ Krzysztofa Komedy do… The Beatles?

Wbrew pozorom Komedzie nie jest tak daleko do liverpoolskiego kwartetu. I on, i oni debiutowali niesieni falą powojennej, popkulturowej odwilży – choć trzeba od razu dodać, że urodzony w 1931 roku jazzman zrobił to chwilę przed swoimi młodszymi o dekadę kolegami. Przebyli podobną drogę – od grania standardów do poszerzania formuły „swojego” gatunku: najpierw delikatnie, skręcając w stronę uniwersalnych brzmień, potem coraz odważniej sięgając po eksperymenty. Błyskawicznie awansowali z pozycji lokalnych sensacji na światowe sceny, ich muzyka była motorem dwóch wielkich filmowych hitów ery kontrkultury (Nieustraszonych pogromców wampirów i Żółtej łodzi podwodnej) mniej więcej w tym samym momencie zakończyły się ich kariery, wspólnie pociągnęli za sobą całe rzesze naśladowców, którym mimo prób nigdy nie udało się zbliżyć do oryginałów. No i Roman Polański… Biografowie twórcy Chinatown żartują czasem, że rezydencja Polańskiego była jedynym miejscem, w którym na jednej imprezie można było spotkać i Beatlesów, i The Rolling Stones. Kto wie, może gdzieś pod ścianą chyłkiem przemykał także Krzysztof Komeda?

To oczywiście tylko zabawa, ale samo zestawienie Komedy z najsłynniejszym rockowym zespołem świata – i to, że przyjmujemy je bez zgrzytu zębów – świadczy o statusie Polaka w historii muzyki popularnej. Co takiego ma w sobie twórczość tego wychowanego na poznańskim Grunwaldzie artysty, że do dziś, choć od śmierci Komedy minęło równo pół wieku, inspirują się nim najwięksi? Nie bez powodu zamykający tegoroczny hit Pewnego razu… w Hollywood Quentina Tarantino utwór Miss Lily Langtry do złudzenia przypomina komedowskie kołysanki…

Jego początki znamy wszyscy. Słynna opowieść o młodziutkim Krzysztofie Trzcińskim, który przygrywał na pianinie przy otwartym oknie w swoim ostrowskim mieszkaniu, a którego z ulicy wypatrzył znany kontrabasista Witold Kujawski, to już historia polskiego jazzu. Ale niewielu wie, że choć Komeda w latach 50. zyskiwał coraz większe uznanie dzięki swojemu sekstetowi, to ze względu na kiepską sytuację finansową był zmuszony do grywania standardów, ba, w 1957 roku – co w swojej książce Komeda wspominał prof. Marek Hendrykowski – założył prawdopodobnie pierwszy polski zespół bigbitowy o nazwie Jan Grepsor. Wszystko po to, żeby koncertami nieco podreperować budżet.

Jednak w tym samym roku wydarzyło się coś, co miało zmienić jego karierę. Do Komedy, cieszącego się już sporą sławą w artystycznym światku, zgłosił się młody, nieznany szerzej student filmówki Roman Polański, który potrzebował muzyki do swojej szkolnej etiudy Dwaj ludzie z szafą. O dziwo, Komeda nie tylko nie odprawił go z kwitkiem, ale przyłożył się do pracy, tworząc wspaniałą ścieżkę dźwiękową (Agnieszka Osiecka nazwała ją potem „sumą uniesień i upadków naszego pokolenia”), która nadała obrazowi głębię. Ta współpraca nie tylko przeniosła się z czasem na produkcje pełnometrażowe, sprowadzając Komedę do Los Angeles, lecz także stała się początkiem kompozytorskiej pasji jazzmana, do tej pory grywającego raczej cudze utwory.

Nie patrzył na filmową muzykę jak na zbiór dźwięków, które mogły współistnieć jedynie z obrazem. Przeciwnie – dla Krzysztofa Komedy była raczej pretekstem do opowiedzenia kolejnej historii. Wiedział, że sprawnie napisana ścieżka dźwiękowa potrafi nakierować odbiór widza na nowe tory. Zwróćmy tylko uwagę na przenikające się kompozycje w Dwóch ludziach z szafą. Muzyka albo w swoich agresywniejszych tonach wzmacnia brutalną konfrontację tytułowych bohaterów z otaczającym ich światem, albo melancholijnie podkreśla bezsens ich ciągłej wędrówki z niewygodnym meblem w rękach. W ten sposób łatwo możemy się z nimi utożsamić. Jeszcze silniej muzyka Komedy wybrzmiewa w krótkometrażowym Ambulansie Janusza Morgensterna, opowiadającym o mordowaniu żydowskich dzieci w obozowej rzeczywistości drugiej wojny światowej. Tytułowy ambulans jest środkiem lokomocji, którym dzieci wyruszą w swoją ostatnią podróż. Morgenstern – twórca żydowskiego pochodzenia, którego rodzina została zabita podczas Holokaustu – zagwizdał któregoś dnia Komedzie melodię zapamiętaną z dzieciństwa. Dla kompozytora to wystarczyło, by rozwinąć ją w ścieżkę dźwiękową, podkreślającą silny związek Ambulansu z prywatną historią reżysera.

Filmowe curriculum vitae Krzysztofa Komedy jest imponujące; wystarczy wspomnieć, że przez 12 lat stworzył muzykę do blisko 70 filmów, współpracując m.in. ze wspomnianymi już Romanem Polańskim i Januszem Morgensternem, a także Andrzejem Kondratiukiem, Jerzym Skolimowskim czy Andrzejem Wajdą. Największym echem odbiły się rzecz jasna kompozycje stworzone dla Polańskiego, choćby dlatego, że i sam reżyser – niepozorny emigrant z Europy Środkowo-Wschodniej – okazał się wielką sensacją światowej kinematografii lat 60. i już jako 30-latek mógł pochwalić się pierwszą nominacją do Oscara. Ten duet rozumiał się bez słów. Powróćmy jeszcze raz do książki Komeda prof. Marka Hendrykowskiego – autor sugeruje w niej, że debiutancki pełnometrażowy obraz Polańskiego Nóż w wodzie jest tak unikatowy, bo zbudowany na jazzowej strukturze, a rola Komedy w jego powstaniu jest większa, niż można byłoby się spodziewać. „Rolę tematu w głębszym (to znaczy jazzowo-filmowym) sensie użytego przez nas pojęcia odgrywa w tym filmie dobrze przyswojona i wyraziście zaakcentowana od pierwszej sceny konwencja gatunkowa thrillera. Na jej kanwie reżyser stara się z bardzo dobrym skutkiem improwizować. Stawką w tej grze jest partnerski status muzyki. Staje się ona środkiem wyrazu uwolnionym od tautologii znaczeń zawartych w ekranowych obrazach i wyrażającym sensy filmowe, których nie przekazuje strona wizualna” – pisał o Nożu w wodzie Hendrykowski.

Jako jeden z najważniejszych polskich twórców modern jazzu Krzysztof Komeda miał ogromne zasługi w przeszczepieniu tej muzyki na filmowy ekran. Później sięgali po nią najwięksi – Włodzimierz Nahorny w Jej portrecie, Jerzy Matuszkiewicz w Był jazz czy Andrzej Korzyński, autor muzyki do Polowania na muchy, a echa jazzowych soundtracków sprzed lat odbijają się w polskim kinie do dziś. Na krajowych ekranach można jeszcze obejrzeć Ikara. Historię Mietka Kosza ze ścieżką dźwiękową autorstwa Leszka Możdżera. Co ciekawe, swój polski, jazzowy feeling Komeda zatracił – a przynajmniej, jak sugerują badacze, tak mu się wydawało – po nieoczekiwanym transferze do Hollywood. I choć Nieustraszeni pogromcy wampirów i Dziecko Rosemary są w stu procentach naznaczone kompozytorską ręką Komedy, to sam autor dość boleśnie zniósł zderzenie z oczekiwaniami amerykańskich studiów filmowych. Ameryka zakochała się w Komedzie, a kołysanka z Dziecka Rosemary (co ciekawe, to Roman Polański zadecydował, żeby zaśpiewała ją Mia Farrow; Komeda zaproponował mu dwie wersje utworu) stała się wielkim przebojem. W biografii Komeda. Osobiste życie jazzu Magdalena Grzebałkowska wspomina, że kompozytor był oszołomiony wyposażeniem studia nagraniowego. W rozmowie z przyjacielem miał wspominać, że przy pracy pomagało mu aż kilkanaście osób, czego nigdy nie uświadczył w Polsce. Ale sam czuł, że gdzieś rozmył się rodzimy sznyt jego kompozycji. Swoje zrobiła tu specyfika Hollywood – miejsca, które jak żadne inne czerpie z tego, co przywiozą z sobą przyjezdni. Podczas wielodniowej pracy w niedrogim hotelu przy Sunset Boulevard Krzysztof Komeda coraz częściej czuł się jak rzemieślnik. Nawet mimo tego, że wraz z Romanem Polańskim zafascynowali się hipisowską kontrkulturą – Ameryka wciąż żyła Latem Miłości, a jego pewne elementy Komeda starał się przemycać do swoich utworów.

Ta przelewana na zapis nutowy ciekawość świata sprawiła, że na jazzowej scenie Krzysztof Komeda był zjawiskiem dotąd niespotykanym. Podróżował często – a jak na polskie realia lat 60. wyjątkowo często – i zewsząd chłonął inspiracje. Czy były to chłodne, skandynawskie brzmienia, których uczył się od swoich współpracowników z tamtego kręgu kulturowego (w latach 60. grał z perkusistą Rune Carlssonem, napisał też muzykę do trzech filmów duńskiego reżysera Henninga Carlsena), czy amerykański bebop, czy… polska muzyka ludowa. A przy tym nie oglądał się na panujące trendy, wierząc w doniosłość swoich kompozycji. Był pewny raz obranej przez siebie drogi – o tym świadczy też trudna decyzja o porzuceniu pewnego zawodu lekarza na rzecz życia muzyka, tułającego się pod koniec lat 50. i na początku kolejnej dekady po ciasnych, wynajmowanych mieszkaniach najpierw w Krakowie, później zaś w Warszawie. Ta silna autorskość połączona z – co tu dużo mówić – trafnymi i szczęśliwymi wyborami artystycznymi (nie każdemu udaje się zostać stałym współpracownikiem jednego z najważniejszych światowych reżyserów dekady) sprawiła, że to właśnie on był tak ważną postacią dla kolejnych pokoleń. Jego równolatkowie odnajdywali w muzyce Komedy samych siebie: nieco rozedrganych, nieco emocjonalnych, dopiero co zadomawiających się w dorosłości, mających przy tym żywo w pamięci piekło dzieciństwa naznaczonego wojną. Dla młodszych jazz Komedy jest swoistym listem, wysłanym z mieniących się wieloma barwami lat 60., ery walczących z systemem marzycieli, kontestatorów rzeczywistości, którzy w swoich kolorowych ciuchach snuli się po szarych ulicach PRL.

I to właśnie oni sprawiają, że muzyka Krzysztofa Komedy jest nawet dziś, po ponad półwieczu, wciąż żywa. Dwa lata temu ogromnym echem w polskiej muzyce odbił się krążek Repetitions (Letters to Krzysztof Komeda) wrocławskiej formacji EABS, która przerobiła utwory artysty, wzbogacając je nowoczesnym, jazzowo-elektroniczno-hiphopowym feelingiem. Komeda jest obficie samplowany przez twórców współczesnej czarnej muzyki – słynną kołysankę słychać m.in. u jednej z największych amerykańskich gwiazd soulu, SZA, oraz niezwykle lubianego wśród młodych słuchaczy rapowego duetu $uicideboy$. A podczas Nostalgii będzie obecny choćby na wspólnym koncercie młodych gwiazd krajowego jazzu: Kuby Więcka i Piotra Orzechowskiego, u wirtuozów improwizacji zawieszonej między jazzem a muzyką współczesną – Braci Oleś – oraz wokalisty, który przecina jazz z reggae i tradycyjną muzyką grecką, Aresa Chadzinikolau. Tak szerokie muzyczne spektrum artystów interpretujących Komedę tylko pokazuje, z jak pojemną wykonawczo twórczością mamy do czynienia.

Czy również tu nie można doszukać się analogii z The Beatles? Na wymienianie artystów czy choćby gatunków, które obficie czerpały ze spuścizny The Fab Four zwyczajnie zabrakłoby w tym programie miejsca. Ale ważne jest coś jeszcze – kontekst miejsca i czasu. Oczywiście, że mówimy o społeczeństwach wyrosłych z różnych systemów, różnych ustrojów politycznych i – co szczególnie istotne – różnych poziomów gospodarczych. Jednak i brytyjscy rockmani, i polscy twórcy jazzowi musieli na przełomie lat 50. i 60. przebić mentalny mur, odsądzający ich muzykę od czci, kojarzony z czymś plugawym, zakazanym, czymś, co zburzy ład dopiero co budowany na zgliszczach drugiej wojny światowej. Dla tych pokoleń rock i jazz były jednymi z nielicznych namiastek wolności. Jednymi z nielicznych – jeśli niejedynymi.

I to też da się znaleźć w muzyce Krzysztofa Komedy. Wystarczy tylko dobrze nadstawić uszu.

autor tekstu: Jacek Sobczyński