Używamy Cookies w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników.
Dalesze korzystanie z tego serwisu oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Dowiedz się więcej o naszej polityce prywatności

x

Czym byłoby życie bez Bożego Narodzenia? Zdaniem teologów chrześcijańskich – ponurą egzystencją wyzutą z nadziei na przyjście Zbawiciela, który otrze łzy grzesznikom i wskaże im drogę do Królestwa Niebieskiego. Byłoby życiem w nieustannym zgiełku wojny, bo bez tych narodzin nie byłoby śmierci na krzyżu, a tym samym usprawiedliwienia ludzkości przez wiarę i pojednania z Bogiem. Mroków życia bez Bożego Narodzenia nie rozjaśniłaby żadna dobra nowina: ani radosna wieść o odpuszczeniu grzechów, ani nawet pociecha, że ktoś pomoże nam przedtem je unieść.

Czym byłby taki świat z punktu widzenia dzieci albo mniej bacznych, prostodusznych w wierze dorosłych? Światem bez prezentów? Na rozdawanie podarków znalazłaby się może inna okazja. Tylko co nam po niej, skoro w domu nigdy nie zapachniałoby choinką, a w kuchni nie rozszedłby się aromat dojrzałych, zarumienionych w piecu pierników. Bez Bożego Narodzenia nie moglibyśmy snuć marzeń – nawet w dorosłych latach – żeby choć raz zobaczyć ruchomą szopkę w poznańskim kościele oo. Franciszkanów przy placu Bernardyńskim. Nie byłoby sensu wieszać jemioły nad świątecznym stołem. Nie dzwonilibyśmy raz w roku do zapomnianych krewnych i przyjaciół. Nie zostawialibyśmy dodatkowego nakrycia dla zbłąkanego wędrowca. Zapomnielibyśmy, że człowiek nie powinien nigdy być sam.

Gia Kanczeli dorastał w kraju, gdzie nie było już prawdziwego Bożego Narodzenia. Wbrew obiegowej opinii władze radzieckie nie wprowadziły oficjalnego zakazu obchodzenia zimowych świąt, dołożyły jednak wszelkich starań, by zawłaszczyć wcześniejszą tradycję. W latach 20. ubiegłego wieku – jeszcze z najlepszych chęci walki z zabobonem – w kampanię włączyli się wybitni artyści awangardowi. Na kilka lat przed nastaniem epoki wielkiego terroru do akcji ruszyli członkowie Związku Wojujących Bezbożników, najskuteczniejszego z bolszewickich narzędzi do walki z religią i organizacjami wyznaniowymi. Specjalne patrole śledziły współobywateli i donosiły o wykrytych przypadkach organizowania domowych soczelników, czyli wieczerz wigilijnych. Aktywiści żądali ukarania winnych tych „kompromitujących sytuacji”. Zamykano cerkwie i kościoły, urządzając w nich osławione muzea ateizmu. Niszczono przedmioty kultu. Prawdziwe represje zaczęły się po likwidacji NEP-u i zastąpieniu tej hybrydowej doktryny systemem gospodarki nakazowo-rozdzielczej. Zwalczanie wpływów Cerkwi miało ułatwić walkę z chłopami. Świętujący zeszli do podziemia.

Wydobył ich stamtąd Stalin: nakazem świętowania świeckiego Nowego Roku. W 1935 roku – tym samym, w którym urodził się Gia Kanczeli ­– obstawił choinkami moskiewski plac Maneżowy i dziedziniec Kremla. Ofiarą machiny propagandowej padły przede wszystkim dzieci – obsypywane tandetnymi podarunkami, które w najbardziej niedostępne miejsca ZSRR dostarczali ci sami co przedtem aktywiści, karmione historyjkami o kołchoźnikach, dzielnych bohaterach wojny domowej i przodownikach pracy. Ofiarą aparatu przymusu padli przede wszystkim dorośli, wśród nich więźniowie stalinowskich łagrów, którzy musieli świętować to straszne Nieboskie Narodzenie według ściśle określonego scenariusza, pod knutem wydziału propagandy partii komunistycznej.

Kanczeli wspominał, że matka zabierała go po kryjomu do kościoła, a babka prowadzała do cerkwi – przede wszystkim po to, żeby odciągnąć chłopca od namiętnej gry w piłkę. Pomogło o tyle, że mały Gia nigdy nie został prawdziwym wojującym ateistą. Od tamtej pory wkracza w przestrzeń sacrum – kościoła, cerkwi, meczetu, synagogi – żeby nacieszyć się nieobecnością wiernych, brzemienną w wiarę ciszą, pustką, która jego zdaniem niesie w sobie więcej modlitw niż zapełniona po brzegi świątynia podczas nabożeństwa.

Trzeba było doczekać polityki głasnosti i reform Gorbaczowa, żeby zachodni muzykolodzy zaczęli doszukiwać się ukrytych znaczeń w twórczości radzieckich kompozytorów. Tropić w niej ślady pisania między wierszami, oddawania głosu innym, chowania się w cieniu stłumionej religii. Przyszedł czas na redefinicję spuścizny Szostakowicza, której tromtadracki wydźwięk okazał się tylko wierzchołkiem góry lodowej, zanurzonej w głębinach lodowatego oceanu emocji i nigdy nieuzewnętrznionych tęsknot. Przyszedł czas na odcyfrowanie bolesnych symboli zawartych w muzyce Arvo Pärta, Sofii Gubajduliny i Wiaczesława Artiomowa. Z tajemniczych zbitek dźwięków zaczęli wyłaniać się ludzie i ich tragedie. Z głębi symfonii, oper, muzyki teatralnej i filmowej Kanczelego wydobył się krzyk. Przemówiła żałoba, strach, samotność, żal za tym, co przepadło, niezgoda na przemoc i zwykła dziecięca niewinność.

Kanczeli wyemigrował z Gruzji w 1991 roku, wkrótce po tym, gdy prezydentem kraju został Zwiad Gamsachurdia, obalony 22 grudnia przez pucz paramilitarnej organizacji Mchedrioni, najprawdopodobniej powiązanej z rosyjskimi służbami specjalnymi. Przeprowadził się do Berlina, jako beneficjent grantu Deutscher Akademischer Austauschdienst (DAAD), Niemieckiej Centrali Wymiany Akademickiej, finansowanej w głównej mierze ze środków publicznych Republiki Federalnej Niemiec. Cztery lata później został kompozytorem rezydentem Państwowej Filharmonii Flamandzkiej w Antwerpii i osiadł w Belgii na stałe. W okresie przejściowym, jeszcze przed wyjazdem z ojczyzny, zaczął komponować swój cykl Życie bez Bożego Narodzenia, złożony z czterech „modlitw” na kolejne pory dnia: poranek, dzień, wieczór i noc. Jeśli są to modlitwy, to w bardzo szerokim, pozaliturgicznym sensie tego słowa. Kanczeli nie odnosi się w nich wprost do żadnej religii: woła o duchowość, która szuka, nie podporządkowuje się żadnej religii, budzi się po nocach z krzykiem, gdzie jest Bóg – jeśli w ogóle istnieje. To muzyka, w której pobrzmiewają głosy nigdy niesłyszanych aniołów. To śpiew niewinności, która toczy nierówną walkę z agresją, przemocą i ze złem.

Można się naśmiewać z tych powtarzalnych struktur, z ich bezwstydnej tonalności, z rzekomo banalnych zwrotów melodycznych – do chwili, w której słuchacz uświadomi sobie, że to są wszystko modlitwy za utraconą Gruzją i w nieco mniej oczywisty sposób utraconym Związkiem Radzieckim, za odprowadzonymi na drugi brzeg Styksu przyjaciółmi i kolegami po fachu. Za wciąż niedocenionym na Zachodzie Awetem Terterianem, za wciąż nie do końca zrozumianym w Europie Alfredem Schnittkem, za całą rzeszą kompozytorów wygnanych, zabitych, odartych z tożsamości, skazanych na ciszę, z której wydobyć ich może tylko krzyk: „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?”. To muzyczna modlitwa sprawiedliwego, który cierpi. Słuchacz musi teraz sam rozstrzygnąć, czy cierpienie jest karą za grzechy i dowodem na nieprzychylność istoty wyższej, czy też dowodem, że ktoś – w sumie nie wiadomo kto – jest zawsze przy człowieku nawet wtedy, kiedy nadzieja umarła.

Czym byłoby życie bez jakichkolwiek świąt? Czemu właściwie służą festiwale? Temu, żeby coś uczcić, czy może zażyć szlachetnej rozrywki? Skąd w ludziach potrzeba urządzania świąt kulturalnych? Czyżby chodziło tylko o utwierdzenie nas w poczuciu wspólnoty, a jeśli tak, to jakiej? Estetycznej, narodowej, a może zakorzenionej w szerszym kontekście geograficznym? Połączonej tym samym modelem wrażliwości, podobnym światopoglądem, więzami krwi, podświadomością zbiorową?

Jakkolwiek bądź, festiwale – nawet dla agnostyków i ateistów – wiążą się z czymś w rodzaju przeżycia religijnego. Mają własny obrządek i ład, nawracają o tej samej porze, jak pierwszy śnieg, wiosenne ekwinokcjum bądź chwila, kiedy na drzewach zaczynają żółknąć liście, jakby wyznaczały jakąś symboliczną cezurę, moment, w którym cykl się zamyka i wkrótce później odradza. W festiwalowe dożynki trzeba złożyć ofiarę dla bóstw – teatralnych, muzycznych bądź literackich – po czym rzucić się w wir intensywnych przeżyć, nasłuchać się, napatrzyć i naczytać na zapas, żeby starczyło na kolejny przednówek, żeby pomogło przetrwać czas zasiewów i dało siłę na zebranie żyznych plonów, za które w następnym roku znów urządzimy dziękczynienie. W tej samej świątyni, pod przewodnictwem równie dostojnych kapłanów, przy współudziale coraz większej rzeszy artystycznych wyznawców.

Brzmi anachronicznie, bo przecież świat się rozwija. Pewna głośna impreza uliczna, rozgrywająca się kilkaset metrów od mojego domu, od której próbowałam się odgrodzić w zaciszu pracowni z oknami na podwórze, zaatakowała mnie niespodziewanie z postów na jednym z portali społecznościowych. Hałas dobiegający z sąsiedztwa stworzył zgrzytliwe tło dźwiękowe dla dziesiątków zdjęć z Instagrama, selfie z kija i filmików kręconych telefonami komórkowymi, uświadamiając aż nadto dobitnie, że jeśli nawet odetnę się od wspólnoty, ona i tak mnie zagarnie w ramiona wirtualnych znajomych. Czyżby nowe technologie, a co za tym idzie, rosnące tempo życia i potrzeba coraz silniejszych doznań miały wkrótce przekształcić naszą egzystencję w nieustający, wszechogarniający festiwal, w którym nie będzie już miejsca na zadumę, refleksję ani dziękczynienie?

Choć samo słowo „festiwal” ma stosunkowo niedługą historię i pojawiło się w języku angielskim dopiero pod koniec XVI wieku – zapożyczone z dawnej francuszczyzny, gdzie przymiotnik „festival” oznaczał rzecz radosną, ściśle powiązaną z atmosferą ważnych świąt kościelnych – praprzodka tej formy oddawania czci sztuce można się doszukać już w starożytnej Grecji. W Delfach składano hołd Apollinowi przy okazji panhelleńskich igrzysk pytyjskich, organizowanych od 582 roku p.n.e. na przełomie sierpnia i września, w połowie cyklu olimpijskiego, czyli w trzecim roku olimpiady. Ich tradycja sięga jednak jeszcze głębiej, do urządzanych w odstępach ośmioletnich obrzędów ku czci Apollina, którym towarzyszyły słynne agony muzyczne – konkursy na najcelniejszą interpretację peanu przy wtórze kitary. Igrzyska pytyjskie – w przeciwieństwie do olimpijskich – były przede wszystkim areną zmagań muzyków i aktorów. Zestaw „konkurencji” powiększył się z czasem o zawody auletów, turnieje śpiewu z akompaniamentem, solowe popisy kitarzystów, konkursy dramatyczne, poetyckie i malarskie, dla których wyścigi rydwanów i pojedynki zapaśników stanowiły jedynie malownicze tło. Zwycięzców nagradzano wieńcami z gałązek owocującego wawrzynu, świętego drzewa Apollina, zebranych w tesalskiej dolinie Tempe.

Echa starożytnych agonów pobrzmiewały później w średniowiecznych turniejach śpiewaczych, wskrzeszonych w zbiorowej wyobraźni Europejczyków m.in. za pośrednictwem Wagnerowskiego Tannhäusera. Z dworów rycerskich zmagania przenosiły się stopniowo coraz bardziej w dół drabiny społecznej – jako swoiste „próby dzielności” muzyków przynależących do określonych wspólnot, konkursy, których uczestnicy mogli liczyć nie tylko na ocenę swoich umiejętności, lecz także na wskazówki prawdziwych mistrzów fachu i spontaniczny aplauz zaangażowanych w turniej słuchaczy. Element konkurencji zszedł na plan dalszy wobec żywiołowej potrzeby udziału w radosnym święcie muzycznym, pełniącym funkcję swoistego katharsis, a zarazem imprezy o charakterze tyleż integrującym, co edukacyjnym.

Święcie radosnym, a może bolesnym? Festiwal Nostalgia to przecież święto muzycznej pamięci: cienka, a zarazem mocna nić łącząca z tym, co do nas wraca, mimo że czasem wolelibyśmy o tym zapomnieć. Nie warto zapominać. Nie wolno zapominać. Mnie właśnie się przypomniało, że mój ojciec w latach 70. ubiegłego wieku gościł w Gruzińskim Teatrze Akademickim im. Szoty Rustawelego w Tbilisi. Gia Kanczeli był wówczas jego kierownikiem muzycznym. Gościom z Polski urządzono prawdziwie gruzińskie przyjęcie. Toasty wznoszono do białego rana. Żony poszły spać wcześniej. Nad ranem moja matka weszła do łazienki z wanną wypełnioną po brzegi czerwonymi różami. Na przeprosiny za wczorajsze pijaństwo. Na przeprosiny za świat, w którym brak Bożego Narodzenia trzeba było wynagrodzić próbą innego święta. Święta, które znalazło swój muzyczny ekwiwalent dopiero po śmierci Związku Radzieckiego. Znienawidzonej, wymuszonej ojczyzny wielu wspaniałych kompozytorów. Których twórczość musimy – i powinniśmy – odkrywać wiele lat po upadku złowieszczego imperium.

Dorota Kozińska